ul. Mokotowska 55, 00-542 Warszawa, tel/fax. + 48 22 629 48 47
e-mail: psf@feministki.org.pl
Konto Fundacji 83 1160 2202 0000 0000 9051 0980

PSF Centrum Kobiet


KOBIETY - GRUPY KOBIECE
Jeśli macie pomysł na warsztaty i grupę kobiet, do której adresujecie swoją propozycję -
ZAPRASZAMY DO WSPÓŁPRACY!
Prosimy o kontakt mailowy na adres, który znajduje się powyżej.

AKTUALNOŚCI


I po kongresie...

Oglądany: 847
Dodany: 341 Dzień 10 Godzin temu


„Wielkie nazwiska” nie zawiodły. Były obecne na podium i na ogromnych telebimach, umieszczonych w sali kongresowej i korytarzach, żeby każda z przybyłych mogła dokładnie popatrzeć na kobiety, które odniosły sukces na przestrzeni ostatnich 20 lat. Tych, które nie odniosły sukcesu lub poniosły porażkę, a w każdym razie nie umiały tak „wspaniale” wykorzystać możliwości przemian, nie zaprezentowano. Dominowała niesmaczna propaganda sukcesu. Tzw. panele plenarne czyli ta część, którą karmiły nas w swoich relacjach media, miała jednowymiarowy przekaz – jest świetnie, jesteśmy świetne, wystarczy tylko chcieć, a te, którym się nie udało, nie istnieją bo najwyraźniej im się nie chciało. Dobitnie mówi o tym Henryka Bochniarz w wywiadzie w Rzeczpospolitej (31.o7.2009): „Kongres Kobiet  zgromadził przede wszystkim kobiety sukcesu, które chcą wyjść ze swego domowego i zawodowego podwórka i działać szerzej".W tym kontekście trzeba zadać pytanie o wymowę kongresowego hasła - „Kobiety dla Polski. Polska dla kobiet”, jakie kobiety?, dla jakich kobiet?, czy dla wszystkich?, czy także dla zagrożonych marginalizacją?

Kongres od początku był tworzony w opozycji do działających organizacji kobiecych mimo, że w radzie programowej znalazły się nazwiska kilku kobiet związanych z organizacjami kobiecymi lub je reprezentujących.  Odnosi się wrażenie, że głównym organizatorkom chodziło o manifestacyjne pokazanie, że organizacje kobiece na przestrzeni minionych 20 lat niczego nie osiągnęły, nie nastąpił żaden progres w zakresie istotnych dla kobiet problemów i dalsze istnienie organizacji kobiecych nie jest potrzebne. Świadczy o tym wypowiedź Bochniarz w radiu TOK FM powołująca się z wielką satysfakcją na wyniki badania wykonanego przez CBOS „Kobiety 2009” na zlecenie organizatorek kongresu, w którym aż 68% kobiet wyraża niechęć do przynależności do organizacji zajmujących się problemami kobiet wobec zaledwie 28% opowiadających się za. Jednak na miejscu Bochniarz nie cieszyłabym się z tego faktu, ponieważ kobiety wykazują dużą niechęć do wszelkich przynależności, również partyjnych i jakże często wykazują postawę roszczeniową – ktoś za nie, dla nich coś załatwi. W świetle tej konstatacji, realizacja ukochanego i jedynego do tej pory dziecka KK jakim jest ustawowe obowiązywanie parytetu płci na listach wyborczych, może przybrać groteskowy charakter – partie nie będą miały wystarczającej ilości inteligentnych i wartościowych kobiet, lokalnych liderek do umieszczenia na listach we wszystkich obwodach. Będą więc brane kobiety przypadkowe, z tzw. łapanki byleby wykonać zalecenia ustawy. Założenie: każda kobieta i nieważny światopogląd, jest pułapką.  Ale przecież nie o to chodzi w walce o parytet. Nie chodzi o inne kobiety i ich merytoryczną wartość, o utożsamianie się z kobietami, postrzeganie kobiet jako grupy społecznej, reprezentowanie naszych interesów i konsekwentne rozwiązywanie nabrzmiałych latami spraw (antykoncepcja, możliwość bezpiecznego usunięcia ciąży, wyrównywanie płac i dostęp do stanowisk, przemoc i wiele innych), ale o to, żeby panie, którym nie udało się zaistnieć do tej pory w polityce, dzięki parytetowi właśnie, mogły zrealizować swoje marzenie.  W wyborach prezydenckich w 2005 roku Henryka Bochniarz zdobyła niewiele ponad 1% głosów, a w prowadzonej kampanii w najmniejszym stopniu nie nawiązywała do problematyki kobiecej ani nie odwoływała się do kobiet jako poważnego elektoratu. Skąd ta metamorfoza? Czy Bochniarz jest wiarygodna? Dla mnie nie. 
Wśród aktywistek KK dominuje naiwna wiara w magiczną moc parytetu. O tym, że samo wprowadzenie parytetu nie rozwiąże problemu reprezentacji kobiet w strukturach wybieralnych (samorządy, parlamenty) powinna wiedzieć Magdalena Środa startująca w wyborach do Parlamentu Europejskiego z listy Zielonych 2004 (która jako jedyna z partii, stosuje na listach wyborczych parytet), osiągając mizerny wynik. Obecnie trwa zbieranie podpisów pod ustawą wprowadzającą parytet płci. Seria spotkań i rozmów z politykami dominujących w parlamencie partii, mających przekonać ich do idei parytetu, zakończyła się absolutnym fiaskiem, chociaż główne aktorki tych spotkań za wszelką cenę lansują inny ich wynik i obraz. Ogromną energią kobiet zostanie zebranych 100 000 podpisów pod projektem obywatelskim i ustawa ugrzęźnie w biurku marszałka, a jeśli przejdzie dalej, zostanie odrzucona w sejmie lub tak pozmieniana, że straci całkowicie swój pierwotny sens, podobnie jak miało to miejsce przed laty z ustawą o równym statusie kobiet i mężczyzn ( autorstwa niezłomnej prof. Eleonory Zielińskiej i prof. Małgorzaty Fuszary), ale prominentki z KK o tym fakcie nie wiedzą ponieważ nie interesuje ich działalność kobiet mająca miejsce przed 2009 rokiem i historyczna ciągłość pracy innych kobiet. 

Załóżmy jednak, że ustawa zostanie przegłosowana w sejmie i będzie obowiązywać. Biorąc pod uwagę obecny układ polityczny w Polsce, trwający zresztą od lat, do parlamentu trafią kobiety głównie o prawicowych poglądach, dla których zapłodniona komórka jest ważniejsza niż żyjąca kobieta, z patriarchalnych partii lekceważących całkowicie zagadnienia związane z kobietami, nie mających programów prokobiecych a wręcz antykobiece, zmuszone do reprezentowania linii macierzystych partii i poddane partyjnej dyscyplinie. Czy taka reprezentacja kobiet wpłynie pozytywnie na zmianę polityki wobec kobiet, ustawodawstwa odnoszącego się do kobiet, czy automatycznie ilość zmieni się w jakość? Absolutnie nie. 
Kobiety, które dostałyby się do sejmu na skutek działania mechanizmu parytetu,  nie będą kierowały się, niejako instynktownie, zasadą kobiecej solidarności, o której mówiła w swoim wystąpieniu kongresowym Agnieszka Graff i które stało się jednym z chwytliwych sloganów Kongresu Kobiet obwieszczającego „początek wspólnego solidarnego działania".
Kobiety, jak każda grupa społeczna, są zróżnicowane. Nie można mówić o jednorodności i jednym, wspólnym dla wszystkich interesie (kobiety nie stanowią jednolitej klasy jak chciałyby marksistki).Różne grupy posiadają różne wartości, programy, interesy, priorytety, sympatie i antypatie.
Samo wypuszczenie w kobiecą przestrzeń hasła o solidarności nie oznacza jedności w działaniu. Solidarność zakłada zgodność i odpowiedzialność w dążeniu do osiągnięcia wspólnych zobowiązań, wzajemne wspieranie się, jednomyślność w zasadniczych kwestiach, ale nieodzowny jest przy tym wzajemny szacunek, zaufanie, uwzględnianie dorobku innych kobiet. Wraz z kongresem odtrąbiono, jakże charakterystycznie dla kobiet o pewnej mentalności, kolejną „nową erę” w historii polskiego feminizmu (już nie sposób zliczyć którą) - oto teraz my podejmiemy tak skuteczne działania, że błyskawicznie zmieni się położenie kobiet w Polsce. Moda na „nowe ery” uwidoczniła się kilka lat temu w momencie pojawienia się w publicznym obszarze pań pokroju Agnieszki Graff i Kazimiery Szczuki. Opiera się na autorytarnym stwierdzeniu, że przed nami/przede mną nie było zorganizowanych grup kobiet mających znaczny dorobek i wkład w powstanie i rozwój polskiego feminizmu, a jeśli nawet były, niewiele lub nic nie osiągnęły. Dokonywane jest swoiste zawłaszczanie przez jeden podmiot całego spektrum zagadnień odnoszących się do kobiet i wymazywanie z przestrzeni historycznej dorobku innych. Manifestacyjne ignorowanie i pomijanie innych, lansowanie siebie oraz własnej grupy nie służy wspólnemu działaniu i „sprawie”, ale przede wszystkim prowadzi do konfliktu osłabiającego wszystkie kobiety, naszą energię i oddala osiągnięcie zakładanych celów. Polityka skłócenia kobiet przez kobiety jest krótkowzroczna i zabójcza.

Nie pamiętam Graff działającej w Polsce 20 lat temu na rzecz kobiet (tak twierdzi), pamiętam natomiast kobiety, które działały w organizacjach kobiecych. Sama należę do takich właśnie kobiet. Nasza nieformalna grupa kobiet, przekształcona następnie w Polskie Stowarzyszenie Feministyczne, szła pod prąd w bardzo trudnych latach 80. 
Twierdzę, że gdyby nie nasza działalność (PSF-u i innych), ogromna praca którą wykonałyśmy na przestrzeni tych dwudziestu lat i wykonujemy nadal, Kongresu Kobiet i pewnych pań skupionych wokół, nie byłoby. Być może nie „byłoby”  Magdaleny Środy, gdyby nie działania inicjowane przez Polskie Stowarzyszenie Feministyczne do udziału których była przez nas zapraszana. Jako przykład pomijania może posłużyć wypowiedź Magdaleny zawarta w jej książce "Kobiety i władza". Wymienia działania, w których uczestniczyła jako zaproszony gość: konferencja w Krakowie, konferencja w Mądralinie (przy okazji konieczne jest sprostowanie – niestety, akcja „Rodzić po ludzku” nie powstała w wyniku tej konferencji, Gazeta Wyborcza była w 1993 całkowicie zamknięta na problematykę kobiet) , pierwszy w Polsce trening samoobrony dla kobiet Wen- do w Łęguckim Młynie (kolejne sprostowanie – autorka książki nie miała nic wspólnego z jego organizacją co sobie przypisuje) prowadzony przez trenerki niemieckie. Pomija całkowicie fakt, że imprezy te musiały być wcześniej przygotowane, musiała być grupa kobiet mająca pomysł, opracowująca zakres problemowy (tematy wystąpień i prelegentki), zdobywająca fundusze zapewniające realizację przedsięwzięcia, organizację uczestniczek, sal wykładowych i noclegów. Nie było pustki – działały skupione w organizacjach feministki, które mozolnie edukowały i stwarzały możliwość podniesienia świadomości w różnych dziedzinach tysiącom kobiet, również Magdalenie Środzie, co sama przyznaje. Dlaczego zatem podpina się pod zasługi innych kobiet, nie zadając sobie trudu zweryfikowania faktów, o których wspomina?
Co się dzieje z pamięcią Środy i wielu innych, jaki mechanizm zachodzi w jej myśleniu, gdy pisząc w swej książce o sobie używa słowa „ja” dla podkreślenia swoich zasług, natomiast gdy zaakcentowania wymagają dokonania innych, używa określenie "my" lub formy bezosobowej. Tę kliszę postrzegania rzeczywistości powiela wiele kobiet. Również gromko oklaskiwana za swoje banalne w gruncie rzeczy wystąpienie podczas kongresu, Maria Janion. Pani profesor kieruje się zasadą „bliskiej koszuli ciału” i wymienia w swoim referacie nazwiska znanych sobie pań twierdząc, że są to jedyne „świetne głosy”. Innych nie ma lub nie zasługują na uwagę w myśl obowiązującej zasady dostrzegania tylko własnej grupy.

Środa pisze, i nie sposób się z tym nie zgodzić, że ważna jest pamięć związana z historią kobiet walczących o równość, że kobiety w Polsce nie mają pamięci o wydarzeniach dotyczących kobiet, a jednocześnie sama tę historią zakłamuje, traktuje wybiórczo, nonszalancko. Wykazuje brak szacunku dla prawdy, kobiet i ich zasług. Można i trzeba różnić się w poglądach, ale elementarne zasady wzajemnego szacunku powinny być zachowane.
Autorka: Anna Siwek
Dodano: 28 Wrze 2009 przez Jolanta Plakwicz



Content Management Powered by CuteNews




napisz do nas
web stats stat24
powrót na górę